Uczelnia techniczna a środowisko gospodarcze – trudny to temat, a przy tym szczególnie mi bliski.
Na konferencji DMIUT 2018 w Gdańsku miała miejsce dyskusja panelowa, w czasie której profesor Zbigniew Kowalewski z warszawskiego IPPT naszkicował zamknięty „cykl życia naukowca”: Badania-Publikacje-Punkty-Granty-Pieniądze-Badania-Publikacje itd., zadając retoryczne pytanie: gdzie w tym systemie miejsce dla współpracy z przemysłem?
Faktycznie, publikacje i punkty ministerialne za nie przyznawane mają zasadniczy wpływ na ocenę pracownika naukowego, to zaś przekłada się na jego stanowisko, tytuł, zarobki, a czasem wręcz na „być albo nie być”. Oficjalnie nie ma prawie żadnych zachęt do poszukiwania zdrowych relacji z przemysłem. Co prawda można zyskać wspomniane „punkty” za zgłoszenia patentowe, ale prawa własności intelektualnej zostają przy uczelni, o czym wiedzą Zgłaszający i Przedsiębiorcy, rzadko w związku z tym zlecając prace „pod patent”. Sam funkcjonuję od dawna w podwójnym obiegu: wspomnianym cyklu naukowym, a jednocześnie w schemacie komercyjnym: Znalezienie Klienta – Badania – Raport – Pieniądze. W tym drugim schemacie unika się procedur administracyjnych „przed, w trakcie i po”. Nie trzeba zliczać umownych punktów, liczy się korzyść zlecającego, zarobek wykonawcy, obustronna satysfakcja i nowe doświadczenia.
Czy warto byłoby znacznie bardziej otworzyć drzwi uczelni i instytutów badawczych dla odbiorców komercyjnych? Pomóc przedsiębiorczym naukowcom uniknąć rozdwojenia jaźni? Moim zdaniem – bezdyskusyjnie. Niestety, dostrzegam przynajmniej cztery główne bariery stojące na przeszkodzie połączeniu tych dwóch obiegów w jeden i dowartościowaniu prac badawczo-rozwojowych dla przemysłu. W skrócie chodzi o: odnowione kształcenie, adekwatne wynagradzanie, elastyczną administrację, i wzajemne zaufanie.
1. Odnowione kształcenie
Na wspomnianej konferencji padło gorzkie stwierdzenie: „nasi polscy Absolwenci – średnio rzecz biorąc – to zerowi pracownicy. Rok w firmie kształtuje ich znacznie lepiej niż pięć lat na uczelni. Studia to w zasadzie czas stracony”. Niestety, zasadniczo zgadzam się z tą diagnozą, mając zresztą w pamięci porównanie uczelni polskiej i francuskiej technicznej Grande Ecole.
Idealnie w moim przekonaniu byłoby kształcić Studentów pro-rynkowo, i taką strategię stosuję na moich zajęciach, pokazując miejsca pracy w okolicy, zachęcając do daleko idącej samodzielności, zaradności, krytycznego myślenia. Pozostaję jednak outsiderem. Nie widzę w programach nauczania silnego ukierunkowania na produkt, usługę, Klienta, mądrą innowacyjność. Dominuje wciąż „szkoła Herbartowska”, pod hasłem przewodnim: „poznajcie moją specjalność naukową”. A przecież przekazywanie pasywnej wiedzy w epoce Internetu przestaje mieć sens, a w dodatku tylko kilka procent z Absolwentów pozostanie w instytucjach badawczych aby zostać naukowcami. Dodać należy: słabo opłacanymi naukowcami.
2. Adekwatne wynagradzanie
Główny problem polega na systemie wewnątrzuczelnianego podziału środków oferowanych przez Przedsiębiorców. Szczególnie bolesne są tzw. „narzuty uczelniane” (osobno: centralne i wydziałowe), które są formą drakońskiego podatku. Jeśli dodać do nich ZUS i VAT, ze stu tysięcy PLN oferowanych przez dużą firmę na określone badania, do faktycznego wykorzystania (sprzęt + zarobki naukowców „na rękę”) pozostaje np. 25%.
Jest zatem „kara” finansowa (względem pracy z pozycji wolnego strzelca), natomiast nie ma ani pośredniej ani bezpośredniej premii za współpracę z przemyslem. Łatwo za to usłyszeć oskarżenie o „fuchy” i „prywatę”. Opłaca się pracować naukowo dla Przemysłu, ale nie opłaca się robić tego oficjalnie. Sprzyja to funcjonowaniu dwóch niezależnych obiegów wiedzy i pieniędzy.
Jeśli chodzi o „bardzo niski poziom zarobków na uczelniach” – jak to ujął minister nauki Jarosław Gowin w 2018 roku – trzeba ostrożności w interpretacji takich stwierdzeń. Inżynierowie, pracujący w ciągłym stresie 40+ godzin tygodniowo, za 30 PLN netto za godzinę zegarową, patrzą na przeciętnego naukowca jak na szczęściarza. Na etacie badawczo-dydaktycznym prowadzi on tygodniowo kilkanaście lekcyjnych godzin ze studentami, obowiązuje go średnio jedna publikacja w roku, poza tym odpoczywa przez większość wakacji (nie martwiąc się, czy dostanie urlop), nie grożą mu niespodziewane delegacje, nadgodziny, „nocki”, klienci walący pięścią w stół. Naukowiec m o ż e pracować intensywnie – i znam wiele takich osób – ale wielką różnicę czyni to, że nie m u s i. To powiedziawszy, trzeba pogodzić oba środowiska: i tu i tu zarabia się w Polsce marnie. Paradoksalnie, niskie zarobki (na uczelni) sprzyjają szukaniu dodatkowych dochodów na wolnym rynku. Niekoniecznie dla samej idei „transfer u technologii do gospodarki” (cyt. ze Statutu Politechniki Warszawskiej), ale po prostu dla bieżącego utrzymania siebie i rodziny.
3. Elastyczna administracja
Wspomniałem już o „narzutach” uczelnianych, połączonych zresztą z przytłaczającą biurokracją, wynikającą m.in. z Prawa o Zamówieniach Publicznych. Kolejna bariera wynika z różnicy tempa funkcjonowania instytucji badawczych i komercyjnych. Firmy – zwłaszcza małe, walczące o przetrwanie i nowych Klientów – oscylują pomiędzy zadaniami „na jutro” a sprawami „na wczoraj”. Natomiast duże instytucje żyją rytmem miesięcy (Rady Wydziałów), semestrów, a nawet lat. Gdy pewną usługę badawczą zaproponowałem znajomemu Przedsiębiorcy, szacując termin jej wykonania na kilka tygodni, stwierdził, że w porównaniu z realiami współpracy z uczelnią jest to dla niego „błysk”. Trzeba na koniec wziąć pod uwagę demokrację, kadencyjność, i rozproszoną decyzyjność odróżniające Politechniki i Instytuty odfirm. W rezultacje decyzja, która w X sp. z o.o. zapadłaby dziś, a wykonana była jutro, w kontekście Wydziału przechodzi pomału przez Radę, Kolegium Dziekańskie, Dyrektora Administracyjnego, czasem wymaga konsultacji z prawnikami, ministerstwem, a nawet długiego namysłu, czy „Unia na to pozwoli”. Ma to dobre strony, ale na pewno nie pomaga w omawianych relacjach.
4. Wzajemne zaufanie
Trudno je budować, łatwo natomiast o efekt przeciwny. Oto kilka „sposobów” na wzrost nieufności między firmami a instytucją naukową, adresowanych do przedsiębiorstw. Mam nadzieję, że nikt nie będzie starał się praktykować tych machiavellicznych wskazówek…
Sposób pierwszy: Przyjdź do jednostki naukowej (określonego wydziału lub zespołu istytutu), zapowiedz ciekawy projekt badawczy, poproś o szczegółową ofertę (sprzęt, kadra, wstępny harmonogram i kosztorys prac) po czym zerwij kontakt i idź do kolejnej grupy naukowców. I jeszcze kolejnej… Staniesz się mądry – za darmo, i być może będziesz w stanie sam wykonać odpowiednie prace. (Wspomniałem koledze o pewnej firmie i jej wizycie na moim macierzystym wydziale; zdziwił się: „to i u was byli?!”)
Sposób drugi: Odwiedź jednostkę naukową, wykorzystaj dobrą znajomość z władzami, zmotywuj je finansowo i zarządź kadrą „jak swoimi”, zmuszając i tak już obciążony zespół do prędkiego napisania wniosku do NCBiR, w temacie, który ich nie interesuje. Niezależnie od powodzenia lub niepowodzenia wniosku, skrupulatnie przedstawiaj sprawę jako „wielki sukces swojej firmy”, unikając na ile to możliwe wspominania o faktycznych autorach pracy.
Sposób trzeci: Zidentyfikuj znanego Profesora, przedstaw mu problem technologiczny, którego rozwiązanie warte jest około 10 milionów PLN (w sensie nieuniknionych strat, gdyby nie udało się z nim uporać), a potem – już po sukcesie tego Profesora i jego zespołu – zapłać w sumie 10 tys. PLN czyli 1 promil wspomnianej kwoty. Argumentuj przy tym, że firma „i tak była pod kreską” i nie miała się czym podzielić.
Sposób czwarty: Przyjdź na uczelnię zupełnie bez przygotowania, nie mając pojęcia, jaki jest stan wiedzy, potrzebne stanowiska pomiarowe, czas niezbędny do rzetelnych badań wdrożeniowych. Zażądaj wyników (najlepiej: działającego prototypu, opisu technologii) „na jutro” i obraź się, gdy nikt ci ich nie obieca. Następnie narzekaj publicznie na „tych leniwych naukowców”.
Niestety, mam wrażenie, że po stronie środowiska naukowego jest również wiele przesądów i niezrozumienia dla potrzeb Przemysłu. Pamiętam zdumienie bliskiego mi naukowca/dydaktyka z pokolenia wyżej, komentującego moją decyzję o zatrudnieniu się zaraz po studiach w biurze projektowym: „Co ty robisz? Idziesz do p r y w a c i a r z a?”. Owszem, poszedłem, i nie żałuję, i mam dzięki temu spojrzenie „stereo” i świadomość, jakie są realia i oczekiwania świata przemysłowego.
Podsumowując, współpraca przemysłu ze światem nauki w Polsce funkcjonuje przede wszystkim na zasadach nieformalnych, niemal podziemnych. Dominuje relacja „firma-naukowiec”, natomiast otwarty sojusz „firma-uczelnia”, choć możliwy i spotykany, napotyka znacznie więcej przeszkód niż zachęt. Czy są zatem szanse na system zdolny na stałe zredukować bariery? Wyznaczający kompromisowy rytm podejmowania decyzji i dostarczania rezultatów, dający obu stronom motywację finansową, selekcjonujący i wspierący efektywnych pośredników, stopniowo budujący zaufanie i sprzyjający wzajemnemu poznawaniu oczekiwań i możliwości? Sytuacja zdaje się powoli zmieniać. Na rzecz lepszego systemu pracuje kilka agend, z NCBiR, PARP i ARP na czele, dysponując popularnymi „grantami”, łączącymi choćby taktycznie środowisko naukowe z odbiorcami komercyjnymi. Na uczelniach powstają Centra Transferu Technologii i Inkubatory Akademickie. Warto też zwrócić uwagę na obiecujący program Doktoratów Wdrożeniowych. To jednak tematy na osobne rozważanie, którego chętnie się z jakiś czas podejmę.
